wtorek, 6 listopada 2012

Koncert: John McLaughlin and the 4th Dimension, 3.11.2012, Wrocław, Impart.


Piszę o koncercie z lekkim opóźnieniem. Słów będzie niewiele, bo jazz to nie moja bajka. Po prostu szczęśliwie się złożyło, że miałam okazję być na koncercie gitarzysty znajdującego się na 49. miejscu listy 100 najlepszych gitarzystów wszech czasów magazynu Rolling Stone. Koncert odbył się w ramach Wrocławskiego Festiwalu Gitarowego.


Kłębiły się myśli: przekonam się do jazzu? Nie przekonam? Odpowiedź brzmi: nie przekonałam się, nadal nie przepadam za taką muzyką. Dlaczego zatem cieszę się, że byłam na tym koncercie? Przede wszystkim z powodu basisty (Etienne Mbappé), który był po prostu genialny. Uważam, że nie trzeba być wykształconym muzykiem, aby zauważyć, że facet z basem na scenie jest wybitny. Miałam nawet wrażenie, że przyćmił najważniejszą osobę na scenie, czyli Johna McLaughlina.

Próbka umiejętności - Etienne Mbappé: KLIK

Ze strony organizacyjnej, sporym mankamentem była zmiana miejsca koncertu. Początkowo miał odbyć się w Hali Orbita. Mimo że w Internecie podano informację o zmianie lokalizacji, wiele osób  gromadziło się pod Orbitą, a wiadomość o konieczności przemieszczenia się na ul. Mazowiecką budziła zaskoczenie i niechęć. Myślę jednak, że konferansjer zapowiadający koncert już w Imparcie, swoim poczuciem humoru trochę zmiękczył serducha publiczności, a John McLaughlin swoją grą i uśmiechem sprawił, że zapomnieliśmy o wszelkich niedogodnościach.

Wrocławski Festiwal Gitarowy dobiega końca, ale przed nami jeszcze koncert finałowy - Tommy Emmanuel zagra we Wrocławiu już 8 listopada!


6 komentarzy:

  1. Ryzykowne stwierdzenie z tym przekonaniem do jazzu. Gatunek potwornie szeroki i chyba każdy może znaleźć w nim coś dla siebie. Jeśli podobał Ci się styl jaki zaprezentował Mbappé to chwyć za albumy Johna Patitucciego, Stanleya Clarkea, Alaina Carona czy (moim skromnym zdaniem najlepszego żyjącego basisty) Marcusa Millera. Stylistyka fusion zawiera w sobie niemal wszystkie szczytowe osiągnięcia gitary basowej.

    Naprawdę polecam włożyć do napędu CD grup takich jak Yellowjackets czy Weather Report i porządnie wsłuchać się w te twory.

    Czy pisząc to zdanie miałaś na myśli ogólnie pojęty jazz? Amerykańskie starocie jak Louis Armstrong czy Miles Davis też nie przypadły Ci do gustu?

    Jeśli chodzi o festiwal gitary, Emmanuel nie jest moim faworytem ale ciekaw jestem jakie wrażenia wyniesiesz z koncertu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie znalazłabym w jazzie coś dla siebie, ale najpierw musiałabym przebrnąć przez to wszystko, co mi w nim nie odpowiada. Tak naprawdę w jazzie marnie się orientuję, i nawet nie wiedziałabym, od czego zacząć. Dlatego cieszę się, ze podsuwasz konkretne nazwiska :)
      Pisząc to zdanie miałam na myśli ogólnie pojęty jazz, aczkolwiek znów pragnę podkreślić, że nigdy się w ten gatunek nie zatapiałam, więc spróbuję to wytłumaczyć jak zupełny laik, którym jestem: jazz w moim odczuciu ma w sobie za dużo bałaganu i improwizacji, za mało uporządkowania (chociaż pewnie właśnie o to w tym wszystkim chodzi). Denerwują mnie instrumenty perkusyjne, i po prostu tego typu muzyka nie wywołuje we mnie zbytnich emocji. Chociaż, z drugiej strony, podczas solówek perkusyjnych na koncercie, pomyślałam sobie: "Rany, jak często to, co w tej chwili słyszę, odzwierciedla cały bałagan, jaki mam w umyśle"... Chodziło o ten ogólny chaos, okrzyki perkusisty itd.
      Gdziekolwiek bym nie usłyszała jakiejś jazzowej piosenki, czy to w radiu, czy u znajomych, myślę sobie: nie, nie mogłabym tego zbyt długo słuchać. Po prostu. Nie potrafię tego inaczej wyjaśnić.
      A starocie traktuję często jako zupełnie odmienną bajkę, sam fakt, że Armstrong czy Davis to legendy, słucha mi się ich przyjemniej niż współczesnych artystów :)

      Usuń
    2. W odkrywaniu muzyki świetnym zjawiskiem jest to, że pewne rzeczy mogą się nie podobać a po zagłębieniu się w temat wracasz do nich, podchodzi inaczej i stwierdzasz, że to jednak to. Co do orientacji, to faktycznie - można się zgubić. Sporo tego wszystkiego jest. Ja np. na brak takiej orientacji narzekam w przypadku muzyki klasycznej.

      Faktycznie też, można mieć pewne wrażenie bałaganu, ale to tylko wrażenie. Skomplikowane to jest, owszem ale perfekcyjne dopasowane i złożone w jedną całość. Improwizacja jest tu o tyle ważna, że chyba (pewność zostawiam badaczom) główną ideą jazzu jest popis umiejętności, który stawia się nad melodyjność utworów. Oczywiście są wyjątki. Swing np. był formą dosyć melodyjną (wszak tańczono do niego), uporządkowaną i generalnie pozbawioną improwizacji - uważa się, że jest bardzo prosty w odbiorze.

      Trochę uproszczając można też powiedzieć, że blues jest odmianą jazzu. Oczywiście też jedną z prostszych. Wywołującym szeroką krytykę bardziej ortodoksyjnych jazzmanów gatunkiem jest smooth jazz. Stawia się tam melodykę i prostotę odbioru na tym samym poziomie co trudność wykonania.

      Ja ortodoksyjny nie jestem, polecam próbować wszystkiego.

      Z moich osobistych obserwacji - słuchanie jazzu jest inne niż słuchanie np. rocka. Takie mam odczucie. Album jazzowy wymaga skupienia z mojej strony, to jak czytanie książki czy oglądanie filmu. Muzyka rockowa za to może być tłem do codzienności.

      No i sprawa legend. Ja nie czuję różnicy w słuchaniu dobrego, mało znanego artysty a dobrego, legendarnego artysty. Tzn. mowa oczywiście o słuchaniu samej muzyki. Koncert zdecydowanie budzi inne odczucia. Zawsze cieszę się ogromnie gdy wygrzebię coś ciekawego, przeoczonego przez większość ludzi. Taka muzyka jest dużo bardziej prywatna i jakaś taka bliższa mi - jako słuchaczowi.

      Usuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. No cóż jeden woli Mandarynę, Dodę i Negrala a drugi co inne. Nie ma co dyskutować na ten temat. Trzeba przyjąć świat jaki jest. Ja byłem chory na ten koncert już od ponad trzydziestu lat tzn. od występu Johna z Shakti w Sali Kongresowej w Warszawie. McLaughlin jest numerem 2 jak chodzi o gitarę elektryczną (numerem jeden jest niezmiennie Jimi Hendrix). Natomiast co do basisty - jakoś wszyscy pomijają, że grał on sporo z Zawinulem i dobre fluidy Jaco Pastoriusa unosiły się nad nim. Ale zgoda, był fantastyczny, ale ja pamiętam co na koncertach wyczyniał Patorius, więc na szczęscie czeka go jeszcze dużo pracy. To chyba dobrze że ma takiego nauczyciela. który grał z wielkim Milesem davisem, Hendrixem i Paco De Lucią.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mandaryna, Doda, Nergal - ekhm, no tak, kwestia gustu, ale raczej wpisy na tym blogu nie będą szły w tę stronę.
      Uwielbiam tę aurę wyczekiwania na koncert! A jeśli w Pana przypadku było to ponad 30 lat, to jak wspaniale musiał się Pan czuć, kiedy McLaughlin w końcu zawitał do Wrocławia:)
      Widzi Pan, jak sama pisałam, nie znam się na jazzie, dlatego niezbyt sporo napisałam o koncercie. Tym bardziej dziękuję za uwagę dotyczącą basisty. Cieszą mnie komentarze, z których wynoszę jakąś wiedzę muzyczną. W tym przypadku jest to osoba Jaco Pastoriusa, którego nigdy nie słuchałam. Teraz to się zmieni :) Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń