poniedziałek, 10 marca 2014

Koncert: James Arthur w Warszawie, 5 marca 2014, Klub Palladium

Wyjazd do Warszawy i pobyt w tym mieście uważam za bardzo udany. Krótko, ale intensywnie i szalenie sympatycznie oraz… spontanicznie. Właściwie jedyną do końca zaplanowaną rzeczą był fakt, że idę z przyjaciółką na koncert Jamesa Arthura.

Jak to się stało, że pojechałyśmy na koncert Jamesa Artura?

Bilety kupiłyśmy kilka miesięcy temu. Nie byłyśmy wtedy jego fankami, przynajmniej tak mi się zdaje… Również dzisiaj nie powiedziałabym, że wzdycham na jego widok i uważam za artystę, który dokonał czegoś bardzo ważnego. Nie… Po prostu kiedyś, pijąc martini z K. (dużo, duuużo martini!), zaczęłyśmy słuchać Jamesa (dużo, duuużo Jamesa!) i śpiewać (głośno, głośno zapewne!). Muszę w tym miejscu zaznaczyć, że K. i ja mamy zupełnie odmienne gusta. Bardzo rzadko się zdarza, że podoba nam się ta sama muzyka, ciuchy, faceci… Dlatego, podekscytowana faktem, że obie polubiłyśmy Jamesa (po wytrzeźwieniu nadal go lubiłyśmy), pomyślałam, że fajnie by było, gdyby przyjechał do Polski. Wyobraźcie sobie moją radość, kiedy kilka dni później trafiłam na informację o marcowym koncercie w Warszawie! Jednak radość trwała tylko przez chwilę, bo okazało się, że wszystkie bilety są już wyprzedane. Szkoda. Jednak wystarczyło kilka dni, aby radocha wróciła z podwójną siłą – zapowiedziano kolejny koncert Jamesa, na 5 marca. Nic dziwnego, skoro bilety na 4 marca sprzedały się w kilka dni, to dobrym posunięciem było zaplanowanie jeszcze jednego koncertu dzień później. Zaopatrzyłyśmy się w bilety, kiedy tylko ruszyła sprzedaż. Co z tego, że koncert w Warszawie, a nie w naszym Wrocławiu? K. wzięła urlop, ja po prostu nie pojechałam na uczelnię. Są sprawy ważne i ważniejsze!

Na posiadaniu biletów na koncert kończyły się konkrety, a reszta do samego końca pozostała jednym wielkim spontanem. Przede wszystkim dojazd – w końcu zdecydowałyśmy się na Bla Bla Car. Polecam wszystkim z całego serca! Jeśli tylko jest się pozytywnie nastawionym na poznawanie nowych ludzi i nie czuje się tremy przed spędzeniem kilku godzin w samochodzie z obcą osobą, to nie ma co się wahać. Można poznać fantastycznych ludzi, wysłuchać ciekawych historii, i w dodatku być na miejscu dużo szybciej, niż w przypadku podróżowania autobusem czy pociągiem. Dla mnie bomba i skorzystam z Bla Bla jeszcze nie raz.

Źródło: www.muzyka.interia.pl
Koncert był w Klubie Palladium. Przyszłyśmy tam chwilę po 18, klub otwierano o 19. Jakby to powiedzieć… bardzo się przeraziłam i zrobiłam wielkie oczy, kiedy ujrzałam kolejkę do wejścia. Fanki ustawiły się na chodniku. Kolejka ciągnęła się przez połowę ulicy, galerię handlową i co tam jeszcze. Jakieś 670 osób. Ponoć niektóre dziewczyny koczowały pod klubem od rana, żeby tylko mieć miejsca pod sceną. Tak jak się spodziewałam, były to w większości nastolatki. Porozumiewawcze spojrzenia z K.: chyba żartujesz, że staniemy na końcu tej kolejki!, i raz dwa, magicznym sposobem znalazłyśmy się prawie pod wejściem do klubu. [Jeśli czyta to jakaś fanka, która stała za nami bądź przed nami, to przepraszam bardzo, że się wepchałam w kolejkę, ale nie usłyszałam znikąd żadnych słów sprzeciwu i poczułam się nawet zaproszona w szeregi tych, które dzięki dobrej miejscówie w kolejce miały zapewnione także miejsca pod sceną!].

O 19 bramy klubu zostały otwarte i tłum dziewcząt z piskiem przemieścił się pod scenę, chociaż koncert miał się zacząć dopiero za dwie godziny. Niezbadane są wyroki boskie. Wiecie, jakie są zalety tego, że jest się osobą nieco starszą niż typowa jamesowa fanka? Takie, że w chwili, kiedy one pobiegły pod scenę, my poszłyśmy się rozejrzeć za czymś do picia i… nie było kolejki do baru. Ani jednej osoby w kolejce do baru. Nikomu nie chciało się pić alkoholu, albo nikt nie był wystarczająco 18-letni, aby móc sobie kupić piwo. Jezu, naprawdę. Pierwszy raz spotkałam się z taką sytuacją na koncercie. Nie to, żebym przychodziła na koncert z zamiarem schlania się, ale jedno piwo można wypić. 

Była to miła odmiana! Koncerty klubowe kojarzyły mi się do tej pory z trzema „punktami kontrolnymi”, które wymyśliłam sekundę temu (wszelkie prawa zastrzeżone!:P):

1. PRZEDKONCERCIE
- kolejka do wejścia
- kolejka do szatni
- ewentualnie kolejka po żetony na napoje (nie zawsze, bo to raczej na festiwalach)
- kolejka do baru
- kolejka do toalety
2. KONCERT WŁAŚCIWY
3. POKONCERCIE
- kolejka po autografy i zdjęcia
- kolejka do toalety
- kolejka do szatni
- kolejka do wyjścia

Wniosek: fanki Jamesa Arthura nie sikają. Albo sikają do wewnątrz. Em… Whatever.

Trochę nie rozumiem stania dwie godziny przed koncertem pod sceną. Nie krytykuję tego, ale wiem, że równie dobrze można pod tę scenę pójść pół godziny przed koncertem i znaleźć równie dobre miejsce. Ale o czym ja mówię, nie wiem jak to jest stać od 10 rano pod klubem czekając na wejście. Z chęcią natomiast skrytykuję zachowanie niektórych fanek Jamesa, które wygwizdały artystkę supportującą, tj. Agathę. Ujmująca polska wokalistka śpiewająca po angielsku. Może rzeczywiście wybór supportu nie był zbyt trafny, po prostu nie ten repertuar, nie dla tej publiczności… Ale pytam się, czy ktoś kazał tym fankom stać twardo pod sceną, skoro support im się nie podobał? Wszystkie mogłyby wyjść się przewietrzyć, ustępując miejsca osobom, które doceniłyby Agathę. A chwilkę przed wyjściem Jamesa mogłyby tłumnie powrócić pod scenę i piszczeć z zachwytu, zamiast podczas koncertu Agathy drzeć się do niej wy-pier-da-laj! oraz Ja pier…, nie po to płaciłam osiem dych, żeby takiego badziewia słuchać!. Ludzie, trochę szacunku i tolerancji! Mam nadzieję, że kiedyś te dziewczyny dorosną do tego, że nie trzeba emanować wieśniactwem na prawo i lewo. A jeśli nie, to zapraszam na dożynki. Tam będą mogły kląć i drzeć japę pod sceną ile wlezie. Nie mówię o ogóle fanek, mówię o tych kilku konkretnych. Zdenerwowały mnie.

Zanim przybył James, na parkiecie zrobiło się na tyle gorąco, że współczułam wszystkim młodszym dziewczynkom (ok. 10-12 lat), które przyszły na koncert z rodzicami. Stała taka jedna obok mnie, i słowo daję, gdybym miała przy sobie butelkę wody, z chęcią bym jej odstąpiła napój, taką miała smutną i zmęczoną buzię. Na szczęście ochroniarze się zorientowali, że jest dość duszno, bo zaraz zaczęły krążyć wśród publiczności kubki z wodą. Jeden z nich dotarł także i do nas. Dawno nie widziałam takiej radości u dziecka, jak u tej dziewczynki stojącej obok mnie. Uśmiech od ucha do ucha, a daję słowo, że mała wypiła nie więcej niż dwa łyki wody!
Źródło: www.muzyka.interia.pl

Wreszcie wybiła magiczna godzina 21:00, z głośników poleciał utwór Jamesa, tłum zaczął piszczeć, a ja pożałowałam, że nie wzięłam ze sobą stoperów do uszu. James wyszedł na scenę i się zaczęło: wrzask, pot, łzy, śpiew, emocje, emocje, emocje! Każda kolejna piosenka wywoływała dziki szał i wrzaski: O Bożeeeeeee! To toooo!, To ta piosenka!!!, i oczywiście I love you James!!!, każde wypowiedziane przez wokalistę DZIEKUJE! wywoływało szał do kwadratu. Sporo fanek zgadało się wcześniej na stronie fb wydarzenia, że zrobią różne akcje koncertowe. Akcje, czyli: wycięte z czerwonego papieru serca wznoszone w górę podczas konkretnego utworu, kartki z napisem You’re My Recovery unoszone podczas utworu Recovery, układanie dłoni w kształt serca. Najlepszym pomysłem według mnie była biało-czerwona flaga z napisem We love you!, rzucona na scenę. James wziął ją i zarzucił sobie na szyi, to mnie ujęło, naprawdę. Wszystko to jest miłe i fajne, tylko zastanawiam się, czy 26-letni wytatuowany facet prawdziwie się cieszy i jest dumny z papierowych serduszek. Może jest… Na pewno ceni swoich fanów. Super, że babeczki potrafią się tak skrzyknąć. Na dodatek jestem pewna, że zdecydowana większość znała teksty wszystkich piosenek i śpiewała razem z Jamesem. Niektóre dziewczyny płakały. To mówi samo za siebie – James potrafi wzbudzić emocje.

James Arthur wyrobił się, bardzo schudł i widać, że nad jego wizerunkiem pracuje szereg specjalistów. Nabrał charyzmy scenicznej. Oglądałam wcześniej jego występy w X Factor i zauważyłam, że ma kilka nawyków, które na scenie nie wyglądają zbyt dobrze, jak np. szarpanie dekoltu swojej koszulki. Robił to dość często, a w Warszawie wykonał taki gest tylko dwa razy, i to z premedytacją, chcąc zaśmiać się z samego siebie i pokazać, że ma do siebie dystans. Szarpnął się więc za ten t-shirt odsłaniając kawałek klatki piersiowej, z czego zaraz zaczął się śmiać, i czym wywołał oczywiście wzmożony pisk na sali.

Uważam, że jest niezwykle uzdolniony i na żywo brzmi bardzo dobrze, niektóre kawałki podobały mi się bardziej niż wersje z albumu. James śpiewał i grał na gitarze zarzucając swoją przydługą grzywką, nawiązał też kontakt z publicznością, wskazując palcem na konkretne osoby, machając do nich, uśmiechając się. Aż trudno uwierzyć, że ten wokalista cierpi na stany lękowe, o czym otwarcie mówi w wywiadach.

Kilka razy się wzruszyłam. Przy utworach New Tattoo i Certain Things. Są piękne i oczy mi się zaszkliły, ale daleko mi było do potoku łez niektórych fanek. Rozumiem jednak ich łzy doskonale! James zaśpiewał wszystkie utwory ze swojej debiutanckiej płyty, nie będę ich wymieniać, ale polecam w szczególności dwie piosenki z początku tego akapitu:


Cały album jest według mnie dobry. Jak na poprock, to naprawdę daje radę i lubię go słuchać. Ale jeśli mam być szczera, uważam, że ta płyta nie jest do końca jego. Zresztą to nawet nie kwestia szczerości, to po prostu fakt. James Arthur mówił o tym w wywiadach, i nie pozostaje mi nic innego, jak czekać na kolejny album, który będzie stuprocentowo jego, pozbawiony – nazwijmy to ogólnie – wpływami z zewnątrz. Będzie lepszy, czyli będzie świetny. Chętnie pójdę na jego następny koncert w Polsce. Powiedział, że przyjedzie i chciałby zagrać w jakimś większym miejscu. Liczę zatem na Wrocław, być może Stadion albo Hala Stulecia? A właśnie, James powiedział, że to ostatni koncert na tej trasie koncertowej. To jego pierwsza tak duża trasa, więc wielki szacunek za to, że nawet na ostatnim występie dał z siebie wszystko, choć chwilami rzeczywiście wyglądał na zmęczonego. Niestety, nie wyszedł spotkać się z fankami, chyba że coś przeoczyłam.


Brawka dla tych, którzy dotrwali do tego momentu recenzji! Teraz następuje bonus, punkt kulminacyjny, zwał jak zwał (lub nawet zawał – myślę, że w tamtej chwili niektóre fanki dostały zawału, serio). W każdym razie, są na koncertach momenty, które zaskakują. Nikt się ich nie spodziewa, są mega spontaniczne, nie wiadomo, co się wydarzy w kolejnej sekundzie i czy wszyscy wyjdą z tego cali i zdrowi. Uwielbiam to w koncertach.

Uwaga: po bisach (oczywiście utwór Impossible zaśpiewany wspólnie z publicznością) James Arthur ściągnął koszulę i rzucił ją w publikę. Koszula wylądowała w rękach jednej z dziewczyn, stojącej całkiem blisko mnie. Ktoś ma wątpliwości, co było dalej? Czy dziewczyna uśmiechnięta wyszła spokojnie ze zdobyczą i wróciła do domu? No way! Tłum fanek rzucił się na nią (i na dziewczynę, i na koszulę), piszcząc, szarpiąc się, szczypiąc i co tam jeszcze. Stałyśmy z K. zaraz obok tej przepychanki. Nawiązałyśmy porozumiewawcze spojrzenia, któraś z nas krzyknęła Dawaj!, i rzuciłyśmy się na zbitek rozszalałych z żądzy posiadania koszuli fanek. Kurde, dawno się tak dobrze nie bawiłam! Tylko że ja i K., w przeciwieństwie do reszty dziewczyn na ringu, śmiałyśmy się z zaistniałej sytuacji i dołączyłyśmy do walki dla jaj. Śmiałyśmy się na głos, ale kiedy udało mi się złapać rękaw koszuli, poczułam zew krwi i prawdziwą wolę walki. Tym bardziej, że miałam realne szanse na zdobycz, jestem dość silna i nie miałam zamiaru puścić raz złapanego rękawa! Rozejrzałam się wokół i pomyślałam, że niedługo będę gwiazdą Youtuba – kilka osób nagrywało filmiki i robiło zdjęcia. Któraś z fanek zawołała: Czy ktoś ma nożyczki? Potniemy koszulę i każda dostanie kawałek! Myślę sobie: Tak, z pewnością wszyscy zabierają ze sobą nożyczki na koncerty, yes baby. Nożyczki wcale nie były potrzebne, bo koszula i tak się porwała, niestety nie na tyle kawałków, aby wszyscy byli zadowoleni. W końcu przyszedł jakiś chłopak z kluczem, i tym kluczem pociął trzymany przeze mnie wciąż rękaw, i oto jest! Fragment jeansowej koszuli Jamesa Arthura, patrzcie i podziwiajcie:



Najzabawniejsze było to, że ochroniarze tylko stali i zastanawiali się, czy rozdzielić tę szamotaninę, czy lepiej się w to nie mieszać. Na pewno na ich twarzach dostrzegłam zaskoczenie i niedowierzanie. Ciekawe, jak zareagowałby James, gdyby zobaczył, co się dzieje.

Myślę, że James Arthur może wyczynić jeszcze coś dobrego, lepszego. Ma warunki wokalne, dobry zespół (piękne, utalentowane Murzynki w chórkach!), i bardzo oddane fanki. Piąteczka dla nich za wytrwałość, cierpliwość w staniu w kolejce, znajomość tekstów i przygotowane akcje koncertowe. Piąteczka dla Jamesa!



5 komentarzy:

  1. Uwielbiam czytać wszystko co wychodzi spod Twoich paluszków :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Musiałem nadrobić braki, bo kiedy przeczytałem Twój tekst to pojawiło się pytanie - "Kim jest James Arthur?". Poświęciłem ponad godzinę na możliwie solidne zapoznanie się z tematem (w tym przesłuchanie całego albumu) i... No właśnie - i co?

    Po przeczytaniu opisu koncertu przeszło mi przez myśl, że chyba byłaś na takim koncercie, na którym bardzo nie chciałbym się pojawić. Upewniłem się w tej kwestii po przesłuchaniu wspomnianego albumu. Po pierwszym utworze, który jest całkiem niezły było już niestety coraz słabiej. Dość miałka muzyka (IMHO) i miałem trochę wrażenie, że słucham twórczości Rihanny wykonywanej przez mężczyznę.

    Jestem pod ogromnym wrażeniem, że zapłaciłaś za bilet 80 zł (wniosek z tekstu, były tańsze?). Ta cena wydaje mi się kosmiczna, mając na uwadze dorobek artystyczny omawianego wykonawcy. Powtórzę się w tym miejscu - jestem pod ogromnym wrażeniem, ale też zazdroszczę Ci dystansu z jakim podjęłaś temat. Twoja walka z tłumem gimnazjalistek, o koszulę wokalisty, musiała być naprawdę widowiskowa. :) Uśmiałem się myśląc o tym. Przygotowałaś już jakąś gablotę na swoją "zdobycz"?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przesłuchałeś całą płytę, podziwiam, super! W sensie, że Ci się chciało zapoznać się z kimś, o kim piszę. Miło!

      Co do płyty, uznałam ją za dobrą, ale to pojęcie względne. Wiadomo, że potrafiłabym wymienić wielu wokalistów lepszych od Jamesa. Hmm, może powiem tak: jest dobra, jeśli brać pod uwagę fakt, do kogo jest skierowana - niby do szerokiej publiczności, ale w rzeczywistości większość odbiorców stanowią nastolatki. I właśnie, biorąc pod uwagę, że nastolatki często słuchają muzyki słabej i marnej, to na jej tle płyta Jamesa według mnie jest warta uwagi. Z pewnością nie jest to płyta, której można słuchać non stop i ciągle do niej wracać. Zbyt szybko się nudzi, James ma dość irytującą manierę śpiewania, brakuje solówek gitarowych itd., długo by wymieniać. Sama z chęcią wracam do kilku zaledwie utworów (w tym pierwszego, o którym wspomniałeś). ALE. Pamiętajmy, że ta płyta jest wynikiem kontraktu z programem, który James Arthur wygrał (brytyjski X Factor), więc siłą rzeczy nie do końca miał wpływ na to, co na albumie się znajdzie. Wierzę, że następny album będzie lepszy.
      "Nie mogę się tak naprawdę doczekać mojej następnej płyty. Cieszę się z tego, co mój pierwszy album zrobił dla mojej kariery, ale obecnie nie czuję związku z tym wydawnictwem. Jest na nim tyle... wpływów. A ja wolałbym, żeby zostawiono mnie samemu sobie i pozwolono tworzyć moją własną muzykę" - fragment wypowiedzi w wywiadzie, tutaj całość: http://muzyka.interia.pl/wywiady/pop/news/james-arthur-odarty-ze-zludzen-wywiad,1998820,3895 :)

      Usuń
  3. Dobra recenzja! Osobiście znam fanki, które pojawiły się 4 marca pod palladium ok 8:00 z rana, wiec nie wiem czemu Cię zdziwił fakt, że wszyscy pobiegli pod scenę dwie godziny przed występem. Mi udało się być w pierwszym rzędzie, cudem! Bo w kolejce pod Palladium myślałam, że zostanę wyrzucona w chwili otworzenia się drzwi. Akurat te zachowanie ze strony fanów było obrzydliwe, ale cóż, koncert sprawił, że mogę im to wybaczyć. Czekałam na te wydarzenie ponad 1,5 roku! Aż się udało. Pierwszy koncert JA w Polsce... myslę, że długo o tym będzie pamiętał, bo publiczność nie zawiodła.. Każda piosenka prześpiewana wspólnie, akcje pięknie zorganizowane. Czekam na kolejny koncert! :) Przy okazji pan Arthur spełnił moje największe marzenie z możliwych, więc jestem ZACHWYCONA!
    PS: no cóż, po występie Jamesa stałam jeszcze 2 godziny w oczekiwaniu, że może się pojawi, jednak nie wyszedł.. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za komentarz, miałam nadzieję, że odezwie się osoba, która była na koncercie :) Wiesz, biegnięcie pod scenę dwie godziny przed koncertem zdziwiło mnie, bo jestem przyzwyczajona do nieco odmiennego zachowania fanów przed koncertami (a byłam na bardzo wielu koncertach) - większego wyluzowania, podejścia pt. 'spokojnie, mamy czas' itd. Ale nie powiem, wszystkie te zachowania mające miejsce w czasie koncertu JA (czekanie, akcje, śpiewanie, darcie koszuli) miały swój urok i bardzo się cieszę, że tam byłam!

      Wybierasz się na koncert we Wrocławiu w czerwcu? Może wtedy uda się fankom porozmawiać z Jamesem :)

      Usuń